Dziś na UKSW odbyło się Sympozjum naukowe z okazji trwającego Roku św. Klary i 800-lecia istnienia II Zakonu św. Franciszka, czyli klarysek.
czwartek, 17 maja 2012
czwartek, 19 kwietnia 2012
Jałmużna droga, czy naiwność?
W czasie rekolekcji dla katechetów zaproponowałem im kupienia "Jerozolimki" (Biblia Jerozolimska), używanej przez nas do skrutacji. W pewnym momencie jakiś mężczyzna krzyknął zza pleców: "O, interesy?" Padła odpowiedź: "Żaden interes sprzedawać BJ za 85 zł. Kiedy kosztuje w księgarni ponad 100 zł."
Nie wiadomo, czy owa złośliwość była podyktowana chciwością, czy zazdrością, czy normalnym zniechęceniem do duchownych, ale na pewno życzliwość chcąca pomóc spotkała się z uszczypliwością i niechęcią.
Innym razem jadąc samochodem w zimie widziałem małą dziewczynkę, która zmagała się z wiatrem i śniegiem, a szła powoli wzdłuż drogi. Gdy w ciągu pół godziny wracałem do domu znów ją zobaczyłem. Niewiele uszła, może ze dwieście metrów. Podjechałem i zapytałem otwierając szybę samochodu: "Może Cię podwieźć?" Jak ona mnie zobaczyła, to nie było śniegu i wiatru poleciała szybko przez pola do domu. Być może moja broda ją przestraszyła, a strach dodał jej skrzydeł, że nie musiała już wlec się do domu. Jednak było mi przykro. Zacząłem myśleć, że powinienem pojechać do niej do domu i przeprosić rodziców za to, że przestraszyłem im dziecko. Jednak potem stwierdziłem: "a co pomyśli to dziecko? Pewnie będzie myśleć, że za nią jadę". Wpisałbym się wtedy w jej scenariusz pełen strachu.
Jak jednak przezwyciężyć zło, które rośnie jako mur, tak, że nie można już normalnie dziecku pomóc, bo się jest podejrzanym, przez samo dziecko? Myślę, że to owoc instrukcji policyjnej lub rodzicielskiej: nie zadawać się z obcymi. Ale nie tylko, bo to również owoc porwań dzieci, zabójstw itp. Rośnie informacja rośnie strach.
Przecież nie można nie ostrzegać dzieci, że takie zagrożenie istnieje, a z drugiej o ile świat byłby lepszy gdybyśmy pomagali sobie w różnych okolicznościach.
Przezwyciężyć strach można jałmużną. Jałmużna łamie mury grzechu. Zarówno chciwości, jak i nieufności. Bóg jest i działa, a dzięki temu nie musimy się siebie bać, ani sobie zazdrościć, bo wartość nasza nie jest w zdrowiu, ani w pieniądzu, ale przed Bogiem.
Nie wiadomo, czy owa złośliwość była podyktowana chciwością, czy zazdrością, czy normalnym zniechęceniem do duchownych, ale na pewno życzliwość chcąca pomóc spotkała się z uszczypliwością i niechęcią.
Innym razem jadąc samochodem w zimie widziałem małą dziewczynkę, która zmagała się z wiatrem i śniegiem, a szła powoli wzdłuż drogi. Gdy w ciągu pół godziny wracałem do domu znów ją zobaczyłem. Niewiele uszła, może ze dwieście metrów. Podjechałem i zapytałem otwierając szybę samochodu: "Może Cię podwieźć?" Jak ona mnie zobaczyła, to nie było śniegu i wiatru poleciała szybko przez pola do domu. Być może moja broda ją przestraszyła, a strach dodał jej skrzydeł, że nie musiała już wlec się do domu. Jednak było mi przykro. Zacząłem myśleć, że powinienem pojechać do niej do domu i przeprosić rodziców za to, że przestraszyłem im dziecko. Jednak potem stwierdziłem: "a co pomyśli to dziecko? Pewnie będzie myśleć, że za nią jadę". Wpisałbym się wtedy w jej scenariusz pełen strachu.
Jak jednak przezwyciężyć zło, które rośnie jako mur, tak, że nie można już normalnie dziecku pomóc, bo się jest podejrzanym, przez samo dziecko? Myślę, że to owoc instrukcji policyjnej lub rodzicielskiej: nie zadawać się z obcymi. Ale nie tylko, bo to również owoc porwań dzieci, zabójstw itp. Rośnie informacja rośnie strach.
Przecież nie można nie ostrzegać dzieci, że takie zagrożenie istnieje, a z drugiej o ile świat byłby lepszy gdybyśmy pomagali sobie w różnych okolicznościach.
Przezwyciężyć strach można jałmużną. Jałmużna łamie mury grzechu. Zarówno chciwości, jak i nieufności. Bóg jest i działa, a dzięki temu nie musimy się siebie bać, ani sobie zazdrościć, bo wartość nasza nie jest w zdrowiu, ani w pieniądzu, ale przed Bogiem.
Praca i jałmużna
Bł. Honorat podejmował się interpretacji ducha serafickiego
nie tylko teoretycznie, ale tak, aby można było nim jednocześnie żyć. Duch
wyrażony w Słowie, a Słowo w życiu, to droga naśladowania. W sumie chodziło zawsze
o naśladowanie, które uświęca i prowadzi do zbawienia.
Można więc kontynuować jego myśl odnosząc się do Franciszka
z Asyżu. Niejako w relacji duch – słowo – życie podjąć uwspółcześnienie jego
myśli, ale bez pozbawienia jej radykalizmu i realistycznej żywotności.
Legenda trium sociorum (można przeczytać tekst dwujęzyczny
na blogu o Franciszku z Asyżu http://sdf-juliusz.blogspot.com/)
tytułuje rozdział VII, że po sądzie przed biskupem Franciszek pracował ciężko i
w udręczeniu. Jednak tekst łaciński mówi o maximo
labore, a więc osadza ów zwrot w takich znaczeniach jak „maximo cum studio – z najwyższą starannością, maximo
cum labore – z wielkim trudem, maxima cum laude – z wielką chwałą, mea
maxima culpa – moja bardzo wielka wina, ad maximum – najwyżej,
najdalej”. Maksymalna praca przy odbudowie kościoła san Damiano jest powiązana
z maksymalnym udręczeniem (afflictio),
prześladowaniem, uszkodzeniem, zmartwieniem, cierpieniem.
Na czym więc
polega owo afflictio w pracy, że
staje się największe?
1. Po pierwsze
więc Franciszek występuje do odbudowy kościoła san Damiano jako sługa Boga (servus Dei), ogołocony ze wszystkiego co
jest na świecie, stał się jak „ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali.
Przemija bowiem postać tego świata. (Por. Iz 40:6; Jk 1:10; Jk 4:14;
1Pt 1:24; 1J 2:17). Nie staje już
dłużej jako syn Piotra Bernardone, który nauczył się kupiectwa i wiec o jest potrzebne
z punktu widzenia ekonomii do odbudowy kościoła. Czyni to czego nauczył go Bóg
stając się w ten sposób sługą, ale również uczniem.
2. „Poświęca się odtąd sprawiedliwości Bożej” (divinae vacat iustitiae). Nie da się jej
zredukować do sprawiedliwości ziemskiej, choć ta również jakoś jest potrzebna.
Boża sprawiedliwość ukazuje się w krzyżu Pana, w Jego ciele. Poświęcić się, aby
w swoim ciele ukazać sprawiedliwość Boga? Czyż nie jest to jakaś forma
zadufania w sobie, albo pychy pobożnej? Wewnątrz tekstu jest też
przeciwstawienie, odrzucenie własnych snów (propriam
visam), planów, o których wiadomo w wydarzeniu w Spoleto.
3. „Sprawiedliwość Boża” i „służba Boża” (divino servitio) są ze sobą tożsame, a
oddanie siebie niejako własnoręcznie (se
mancipat) jest otwarte na wszystkie sposoby realizacji tej sprawiedliwości
i służby. Jak to się stało konkretnie?
4. „Po powrocie do kościoła św. Damiana, przepełniony
radością(gaudens) i zapałem (fervens), zrobił sobie jakby pustelniczy
habit i umacniał kapłana tego kościoła tymi samymi słowami, którymi umocnił go
biskup”. Ważne, że pośród tej pracy ciężkiej i prześladowania miał również
gorliwość i radość, a także odwagę głoszenia słowa biskupa towarzyszącemu mu
kapłanowi.
5. Nowa droga w stosunku do nauk cielesnego ojca została
zapoczątkowana nie tylko przez stan duszy, ale znalazła swoje odzwierciedlenia
w zachowaniu. Najpierw pochwały Pana (collaudatione
Domini). „Col” oznacza „współ”, czyli chwalił Pana razem, we wspólnocie.
Duch Pana daje mu tę zdolność i wspólnotę z ludźmi, którzy go słuchają.
6. Po skończeniu tej kollaudacji Pana, dla własnego
nawrócenia prosi o jałmużnę: kto mi da jeden kamień, będzie miał jedną nagrodę,
a kto dwa będzie miał dwie zapłaty, a kto trzy potrójną otrzyma nagrodę. Słowo merces-dis oznacza bowiem i żołd, i
zapłatę i nagrodę. Brzmi to trochę jakby dziś powiedzieć: jeśli dasz jeden
kamień, otrzymasz jednego mercedesa, a jeżeli dwa, to dwa itp. Gdy Franciszek
to mówił, to musiał się nawracać, bowiem on sam nie mógł dać owej nagrody, a jedynie
Bóg. Obietnica zapłaty wróciła do niego, gdy przyszedł do niego ks. Sylwester
oskarżył go: „Nie zapłaciłeś mi za kamienie”. Było to w czasie gdy Bernard się
nawracał i rozdawał pieniądze na rynku. Samo rozdawanie było już jakąś zapłatą
dla asyżan, ale w obietnicy Franciszka chodzi o to, że to Bóg jest tym, który
odda.
7. Gdy wielu dzisiaj kusi, by uznać odpisanie 1% od podatku
za wielką dobroczynność, a sponsoring za uczynek miłosierdzia, to jednak trzeba
zobaczyć, że Franciszek ma coś innego do powiedzenia w tej sprawie. Istnieje
przecież sponsoring galerianek, a odpisanie od podatku jest właściwie dawaniem
nie ze swego. Raczej ćwiczymy tutaj jakieś poczucie władzy, ale nie jest to akt
ubóstwa. Ponadto, gdy masz do wyboru zająć się kamieniem, czy zająć się chorym
dzieckiem, to raczej wybierzesz chore dziecko, tym bardziej, że marketing
potrafi niejedną twarz dziecka utożsamić z potrzebami środowiska. Czy mogę wierzyć, że
człowiek, który skazuje dobre imię dziecka na trwałe społeczne upośledzenie,
naprawdę chce jego dobra? Tak czy inaczej nie ma szans, propozycja pomocy na
pracę nad dziełami Honorata w konfrontacji z uczuciowym ładunkiem pomocy
dzieciom.
8. A jednak w świetle jałmużny jest to inaczej. Bóg wzywa,
Bóg działa, Bóg wybiera tego, kto pomoże, a jednocześnie Bóg nagradza, Bóg
zapłaci, Bóg jest tym który odda. Gdy zwracam się po jałmużnę do różnych ludzi,
to muszę zachować jej logikę: ze swego, z radością, w ukryciu i Bogu. A to
wymaga nawrócenia nade wszystko mojego serca, które chciałoby mieć to „ z głowy”,
jakieś zabezpieczenie tej sprawy w sposób stały, a tu rób z siebie głupka co
miesiąc. Proszenie o jałmużnę to dzieło wiary, że Bóg działa, a nie jakiś
mechanizm socjologiczny, czy umiejętność działanie psychologicznego. Co więcej
to wzajemne umacnianie wiary w działającego dzisiaj Boga.
piątek, 6 kwietnia 2012
Życzenia świąteczne i podziękowanie
Krzyż Chrystusa nosi w swoich ramionach Słowo, które stało się ciałem.
Krzyż mówi, gdy jest nośnikiem rozpoznawalnego Słowa.
Krzyż daje się słuchać, gdy zawiera odczytywalne przez człowieka Słowo nadające mu sens.
Krzyż staje się bramą zmartwychwstania.
Niech
Pan obdarzy wszystkich radością noszenia Słowa, niech strzeże
umiejętności słuchania krzyża, niech ukaże Oblicze sensu życia, niech
doprowadzi do pokoju, który daje Zmartwychwstały.
Dziękujemy wszystkim, którzy wsparli tę inicjatywę.
niedziela, 5 lutego 2012
MF na Ukrainie
Ewa przysłała
mi ważnego maila. Elektroniczny liścik, choć niewielki acz szybki, to zawiera
ważne informacje. Powstała Młodzież Franciszkańska na Ukrainie. Jurij, który
jest animatorem MF na Ukrainie od strony FZŚ, opisuje w krótkich słowach
historię powstania. Najpierw byli na Litwie w 2009 roku, gdzie pomyśleli, że
trzeba zorganizować ruch Młodzieży Franciszkańskiej. Pomysł przedstawili
Wieceprowincjałowi Kapucynów na Ukrainie br. Grzegorzowi. „On dał
zgodę na wsparcie naszego zaangażowania
i wyznaczył jednego brata Kapucyna odpowiedzialnym za organizację ruchu MF na Ukrainie”. Taka sytuacja trwała dwa lata,
aż wreszcie latem 2011 odbyły się pierwsze rekolekcje dla Młodzieży
Franciszkańskiej, w których wzięło udział 32 osoby, młodych ludzi, którzy
chcieli dołączyć do MF. Mieli problemy z materiałami formacyjnymi, dlatego
zwrócili się do MF „Tau” z Polski, którzy chętni im pomogli. Oni też pomogli im
zorganizować pierwsze spotkanie MF. Wtedy też powstała nowa wspólnota w Krzywym
Rogu, oprócz wspólnoty w Winnicy, która jest pierwszą. Ponadto wieść się rozchodzi
więc „mamy wiele singli z różnych miast”. Teraz nasze wspólnoty są nazywane MF „Tau”,
a;le my się różnimy od MF „Tau” w Polsce tym, że współpracujemy z FZŚ. Po
rekolekcjach we wrześniu (25.09.2011) w Winnicy się odbył pierwszy kongres MF "Tau", w którym uczestniczyło
blisko 30 osób. Podczas
Kongresu została wybrana Rada FM Tau.
“Napisę po angielsku:
president: Yulianna Cherniy
vicepresident: no
secretary/treasurer: no
international delegate: no
members: Kostyantyn Kryveshko, Marina Syhanyuk
national assistant: fr. Sergiy Kippa (OFM Cap)”
Na dzień dzisiejszy jest ich 32 członków MF „Tau” – Winnica, Krzywyj
Róg i singli. Co trzy miesiące spotykają się
wszyscy ze wspólnot razem z singlami
z rożnych miast. Formacyjne spotkania we wspólnotach są raz w tygodniu, a
czasem mają dwa spotkania w ciągu tygodnia.
Odwagi, mamy nadzieję, że doświadczenie WMF pomoże Wam podjąć drogę nie tylko współpracy z FZŚ, ale także bycia integralną przez formację częścią FZŚ. Myśmy to przeszli i zrobili. Formacja w MF nie może być zbyt miękka, ani luźna, bowiem brama przejścia do FZŚ jest trudna do wykonania. Odwagi, Pan Wam pomoże.
sobota, 24 grudnia 2011
czwartek, 15 grudnia 2011
Krzyż nadzieją człowieka
Słowo „krzyż” ma wiele znaczeń, a sensy tego słowa są
wyznaczane zarówno przez chrześcijan jak i ludzi niewierzących. Już to, że
człowiek niewierzący wypowiada się o krzyżu, choć właściwie metodologicznie nie
ma do tego prawa, jest dziedzictwem samego krzyża. Dopuszczenie do sporu
ideowego między ludźmi, co było w wykształceniu średniowiecznym podstawą
wychowania, właściwie jest możliwe dzięki krzyżowi.
W kulturach nie będących w kręgu krzyża dzieje się
tak, że za regułę mądrościową, bardziej lub mniej oficjalnie, przyjmuje się zabijanie
inaczej myślących, usuwanie tych, co głoszą inne idee. Nie chce się bowiem nikomu
czekać aż drugi człowiek przekona się do idei, która być może nie jest prawdą,
a ponadto tam gdzie nie ma krzyża pozostaje życie wygodne i przyjemne (odpoczywaj,
jedz, pij i używaj), a takie życie nie znosi sporu, bowiem nie troszczy się o prawdę,
która jest celem sporu.
Ktoś jednak z kręgu bez krzyża się oburzy: przecież
były wojny religijne, krucjaty w imię krzyża, tępienie zbrojne heretyków itp.
Tak, ale nigdy nie było akceptacji fałszu jako dobra, kłamstwa jako prawdy, a
ci którzy zostawali żołnierzami w kręgu krzyża, zawsze przyjmowali, że mogą odmówić
rozkazu, wydanego wbrew sumieniu. Z tego powodu krzyż był odznaczeniem za
czyny, które przybliżały do krzyżowego pierwowzoru. Ludzie jadący na wojnę są
różni, nie każdy jest taki sam, ale istotne jest jaki etos jest w ich
sumieniach. Krzyż oczyszcza sumienia z martwych uczynków, czyli uczynków
przynoszących śmierć. Dlatego krzyż powinien być w wojskowym wychowaniu.
Demokracja w czasie pokoju, jeśli nie ma być
pozbawiona swoich fundamentów, to powinna mieć swoja walkę o prawdę i dobro. Bez
krzyża nie jest to możliwe, bowiem bez krzyża nie przyjdzie nikomu do głowy,
aby dawać równe szanse wszystkim w dyskursie społecznym. Jedynie płynąca z
krzyża miłość do prawdy pozwala na rozumną zgodę na danie drugiemu
wypowiedzenia swego zdania. Krzyż sprawia, że w dyskursie społecznym nie mają
znaczenia pieniądze, a jedynie argumenty merytoryczne. Krzyż gwarantuje wzrost
kultury humanistycznej, bowiem wychowuje do cnoty, bez której nie można
studiować, ani być bezinteresownym.
Dzięki temu, że człowiek z kręgu krzyża wierzy, że
prawda zwycięża jest możliwy dyskurs społeczny. Człowiek nie musi dążyć do pokonania
drugiego, ale może poświęcić się przekonywaniu drugiego do prawdy, którą odkrył
w zaciszu zmagania się o jej poznanie. Owo poświęcenie jest sztuką krzyża, a ono
nadaje sens dźwigania sporu. Ten spór nie tylko jest częścią życia społecznego
ludzi, ale także częścią życia wewnętrznego każdego człowieka. Zanim ów spór
się ujawni publicznie często wcześniej jest doświadczeniem osoby ludzkiej
poszukującej prawdy. Jeśli więc sam spór publiczny jest możliwy dzięki
krzyżowi, to jeszcze bardziej spór wewnętrzny. Skąd bowiem bierze się
autocenzura, jeśli nie z braku krzyża w ludzkim sumieniu? Nawet myśleć nie chcę
o sprawach spornych, bowiem nie ma racji dla której warto się zmagać o prawdę.
Prawda przecież się nie opłaca, filozofowie, to najbiedniejsi ludzie, a człowiek,
który myśli według prawdy, to najmniej potrzebny w towarzystwie.
W kręgu krzyża nie ma to takiego znaczenia, bowiem to
właśnie sam Bóg zaprasza do sporu o Prawdę i Dobro. Dzięki krzyżowi rozumiemy
czemu tak jest, czemu Bóg ma odwagę wołać człowieka na spór? Przecież spór z
małym dzieckiem nie jest właściwie sporem, bo gdy nie zrozumie, to się uprze i
nic się nie zrobi. Rozmawia się z dzieckiem, gdy ma się zaufanie do jego umysłu,
zdolności i umiejętności. Wydaje się, że mały niepozorny człowiek wobec Boga,
ma jedynie swoja wolę, a nie ma prawdy. Bóg jest prawdą, a my wolnością. Ceną
jednak jest przebaczenie grzechów, warto więc wchodzić w spór z Bogiem, bo choć
On ma w tym sporze rację, to jednak ma również obietnicę. „Chodźcie i spór ze
Mną wiedźcie! - mówi Pan. Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg
wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna”. (Iz 1,18).
Chodźcie, nie stójcie w miejscu, bo spór jest dla waszego rozwoju. A prowadźcie
ze Mną spór o prawdę waszego życia. Prowadząc spór z Bogiem trzeba przed nim
stanąć, a to umożliwia poznanie kim On jest. Ma to wpływ na ludzkie sumienie,
które ostrzej widzi. To co zasłania prawdę życia, to grzechy jak szkarłat, to
uczynki czerwone od krwi przemocy jak purpura, ale dzięki sporowi z Bogiem, który
jest Prawdą i Dobrem, odzyskujemy jasność śniegu i biel wełny. W tym sporze
jest rzeczą bardzo przykrą odkryć własne grzechy przed Bogiem, ich wielkość i
ostrość dużo bardziej tragiczną niż się na początku wydaje. A tutaj właśnie
jest szkoła krzyża: wziąć swój krzyż pokornie i cicho bez pretensji. W tej
ciszy dźwigania krzyża lepiej uczestniczymy w sporze z Bogiem, bo On wtedy może
nam dokładniej wyjaśnić prawdę i lepiej ukształtować w nas czynienie dobra. Jak
wytłumaczyć młodemu człowiekowi, że dobrze jest pomagać innym, skoro słyszał,
że dorosły człowiek ma proces o to, że pomógł inwalidzie na ulicy? Jak pojąć
czynienie dobra bez odniesienia do krzyża? W codziennym życiu w towarzystwie
gdy mówimy prawdę wielokrotnie trzeba się nam gotować na przykrości, przecież
naturalne nastawienie człowieka jest zdaje się właściwsze: za dobro i prawdę
powinniśmy otrzymać pochwałę, nagrodę, a życie pokazuje coś innego. Krzyż to
wyjaśnia.
Gdy zastanawiam się nad pytaniem kiedy pierwszy raz
spotkałem krzyż, to właściwie moje myśli nie odnoszą się do znaku krzyża, ale
do życia. Dlatego być może, że pierwszy raz z krzyżem spotkałem się w momencie
wyjścia na świat z łona mej matki, bowiem krzyk życia i płacz dziecka wywołuje
zderzenie z rzeczywistością. Dziecko płacze i krzyczy, a wszyscy odetchnęli z
ulgą, bo znaczy to, że żyje i oddycha. Z czasem człowiek coraz bardziej zdaje
sobie sprawę, że owo „zderzenie z bytem” ma swoje różne postaci, a jednocześnie
jest wspólne wszystkim ludziom. Każdy płacze przy wyjściu na świat, bo każdy
bierze na siebie ciężar życia, oddycha samodzielnie i żyje samoczynnie. A choć
jeszcze usamodzielnienie będzie się rozwijać, to jednak każdy ma problem z
cierpieniem i śmiercią.
Znak krzyża jest odpowiedzią na ów ciężar cierpienia
i śmierci. Wobec różnorodności ciężaru życia człowiek może zachowywać się nieprzewidywalnie,
ma bowiem swoją wolność, którą może skierować aż do odrzucenia życia, do
zaprzeczenia faktom, a w każdej sytuacji znak krzyża przypomina o zgodnym z
prawdą rozwiązaniu problemów, które zaproponował Jezus Chrystus: „wziąć krzyż
na swe ramiona i nieść go w cichości i pokorze serca”.
W swoim życiu miałem nauczycieli, którzy pytali mnie
czemu noszę krzyżyk w kołnierzu kurtki. Nie było to pytanie, które pochwalało
taką praktykę. Profesor raczej chciał powiedzieć, że to nieodpowiedni znak dla
ucznia w socjalistycznej szkole. Miałem też kolegów, którzy nosili krzyżyk, bo
jest ze złota (jako biżuterię), a nie dlatego, że coś ważnego oznacza. Mimo
takich różnych spojrzeń na krzyż, a może dzięki tej różnorodności, trzeba było
podejmować decyzję: jestem za, czy przeciw. Tym bardziej, że ukradkiem
słyszeliśmy, wydarzenia w Miętnem, we Włoszczowej, gdzie młodzież walczyła o
obecność krzyża w szkole, ponadto opowiadano nam, że na studiach nie będziemy
mogli normalnie żyć, ani studiować z powodu socjalistycznego charakteru większości
uczelni. To wszystko pomagało podejmować decyzje, określić się w swojej
wolności za krzyżem. A potem życie okazało słuszność takiej decyzji.
Podczas studiów, gdy okazało się jak bardzo nauka w
szkole była zideologizowana, doceniłem krzyż, który zawsze broni dwóch rzeczy:
prawdy i miłości. To dzięki krzyżowi poznaje się prawdę, bowiem umysł ma pomoc
do stawienia czoła rzeczywistości i nie musi uciekać do karkołomnych uzasadnień
kłamstwa. A ponadto krzyż wzmacnia miłość, ponieważ nie ma większej miłości niż
okazana na krzyżu. Z tego powodu myślę, że każdy uczeń powinien mieć szansę
patrzeć na krzyż, gdy nie uda mu się zdać egzaminu, albo oblać klasówkę, bo
wtedy łatwiej jest przeżyć porażkę, co więcej porażka może stać się
zwycięstwem, bo to przecież ogłasza krzyż.
Cóż jednak z niewierzącymi? Nie jest bez znaczenia
dla nich, czy obok niewierzącego człowieka jest osoba, która porażkę potrafi
przekuć w zwycięstwo. Naśladowanie jest częścią życia, a szczególnie
wychowania. Jeśli więc ujrzy, że porażka może dać zwycięstwo, to jest to dla
niego cenny dar, a jest on darem krzyża.
poniedziałek, 21 listopada 2011
Kapituła Generalna FZŚ 2011
Tym razem nie sposób było uciec przed tym wydarzeniem, choć w dalekiej Brazylii, które zdarzyło się w tym miesiącu, bo pojechali tam nasi przedstawiciele. Członkowie MF na tyle stali się dojrzali, że zgodnie z prawami FZŚ zostali wysłani jako delegaci na kapitułę generalną FZŚ. Ciekawe czy znajdziecie na zdjęciu Ewę Wiśniewską, Anię Sowińską, czy innych znajomych, jak choćby Anę Fruk...?
Dostałem trochę materiałów z tego spotkania, ale niewiele z tego da się wykorzystać. Zdaje mi się ciągle, że prawdziwa formacja jest jednak we wspólnocie lokalnej, a spotkania ogólne dają pewien pogląd na to ile nas jest i jak daleko możemy się poznać i rozumieć. Jeśli będzie jakieś zainteresowanie, to właściwie dałoby się z informacji w czasie kapituły złożyć niezłą kronikę wydarzeń. Dzięki Ewie oczywiście.
Dostałem trochę materiałów z tego spotkania, ale niewiele z tego da się wykorzystać. Zdaje mi się ciągle, że prawdziwa formacja jest jednak we wspólnocie lokalnej, a spotkania ogólne dają pewien pogląd na to ile nas jest i jak daleko możemy się poznać i rozumieć. Jeśli będzie jakieś zainteresowanie, to właściwie dałoby się z informacji w czasie kapituły złożyć niezłą kronikę wydarzeń. Dzięki Ewie oczywiście.
Emmanuela w naszej pamięci
Cóż może znaczyć imię "Emmanuela" w świadomości pokolenia obecnego Młodzieży Franciszkańskiej...? Może przypominać jakiś nudny brazylijski serial, a może nawet tego nie pamiętają, bo są za młodzi...? Może ta informacja odtworzy niektóre problemy, które przeżywają w kontaktach z babciami z FZŚ...? A może sam moment śmierci wskaże na nowe myśli i doświadczenia...?
Nie dawno, bo 10 listopada, w przededniu naszego święta Niepodległości, o godzinie 18.55 w Rzymie w towarzystwie modlitewnej obecności Benedykta Lina i jego żony Gildy oraz Encarnity del Pozo (obecnej przełożonej generalnej FZŚ), w wieku 82 lat zmarła była minister generalna Franciszkańskiego Zakonu Świeckich. otoczona obecnością osób ze wspólnoty, powierzana w modlitwie św. Franciszkowi i Naszej Pani Anielskiej. Złożyła profesję FZŚ 3 marca 1949 roku, czyli w czasie kiedy jeszcze mnie nie było. Należała do wspólnoty św. Krzysztofa w Rodi Garganico w Puglii. Od 1959 roku była w tej wspólnocie sekretarką. W tamtym czasie należała do wspólnoty obediencji Braci Mniejszych Konwentualnych. I w tej konwentualnej wspólnocie franciszkanów świeckich została wybrana przełożoną narodową. Po przemianach soborowych wybrana została jako ministra generalna na kapitule generalnej w Fatimie w 1990 roku, a później na nowo wybrana na kapitule w Rzymie w 1996 roku. Jako ministra generalna była pierwszą, która stałą się członkiem Konferencji Rodziny Franciszkańskiej otwierając w ten sposób drzwi do współpracy FZŚ ze wszystkimi wspólnotami franciszkańskimi. Za jej kadencji zostały promulgowane 6 lutego 2001 Konstytucje Generalne, które ona zalecała wszystkim wspólnotom narodowym we wszystkich swoich licznych podróżach. Do końca służyła swoja radą i kompetencją w sprawach prawnych jako członek Komisji prawnej Rady Międzynarodowej FZŚ.
Jeśli MF i FZŚ są jakąś integralnie ze sobą złączone, to być może właśnie w śmierci można to zobaczyć, choćby przez to, że w czasie listopadowym pomodlimy się w czasie naszych wspólnych liturgii za byłą minister generalną FZŚ. Bo jeśli jesteśmy zakonem, to właśnie dlatego, że idziemy razem za - kon -iec życia. A jedna z tej naszej wspólnoty właśnie ten koniec przeszła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




